Pięknie to napisał ostatnio na swoim blogu Paweł BieleckiJeżeli Twoje życie jest z góry przewidywalne, zaplanowane „od-do”, oznacza to, że mijasz się z jego (życia) celem. Grafik zaplanowany co do dnia na trzy miesiące z góry? To za dużo! Jedną z głównych cech życia jest nieprzewidywalność. Nie pozbawiajmy się tego!

Realizuję zawodowo projekty od ponad 10 lat, w życiu po pracy – świadomie – pewnie od ponad 4 lat. Wyuczone w tym kontekście schematy działania przeniosłam skutecznie na prywatną sferę. Przemyśl, zaplanuj, zacznij działać, rozlicz, wyciągnij wnioski. Taki proces. Ale czy da się tak przeżyć całe życie?

Owszem, robimy na co dzień mnóstwo projektów – remont kuchni, organizowanie wakacji, weekendowy wypad na Mazury, zakup odkurzacza… Wszystkie te sprawy, to unikalne w swojej istocie działania, które podejmujemy raz na jakiś czas, jednorazowo, nie codziennie. Ale czy randkę z mężem z sushi i kinem trzeba planować jak projekt? Czy ploty z przyjaciółką trzeba zawsze mieć wpisane w kalendarz? Czy kolejne książki, które będę czytać muszą pochodzić zawsze z listy “must read”? Czy wejście do biblioteki i pójście za głosem chwili nie jest fajne? Czy telefon do męża z zaproszeniem na wspólne gotowanie kolacji z tego, co mamy akurat w lodówce nie jest cudne? Jest! Odkrywam takie małe radości w braku planu. Takie efekty uboczne odpuszczenia sobie. I innym też. Bo przecież “mój kalendarz” obowiązuje także innych domowników i przyjaciół.

Oto moje 3 sposoby na akceptację nieprzewidywalności:

1. Zaczęłam umawiać się na spontaniczne lunche w ciągu dnia z koleżankami z którymi “mamy zaległości”, a które podobnie jak ja pracują w centrum miasta. Albo sobotnie spacery z wózkiem z tymi koleżankami, które mają maluchy i które nie mogą spędzić ze mną czasu wtedy, gdy ja go zwykle mam (czyli po 18tej w dni powszednie). Spotkanie na pogaduchy nie musi przecież trwać kilka godzin. Przechadzanie się po parku albo wspólne popołudniowe lody dają więcej niż śledzenie w tym czasie najnowszych statusów na fejsie.

2. Postoje w stołecznych korkach wykorzystuję na telefony do osób, z którymi mam coś szybkiego do ustalenia, a lepiej się usłyszeć, niż pisać wypracowania w mailach. Lubię pisać, ale nie zawsze mam na to czas. Inni też. Przyzwyczajam znajomych, że jeśli nie odzywali się do mnie “sto lat”, a akurat mają sprawę, to nie muszą przepraszać i się tłumaczyć przez pierwszy kwadrans naszego kontaktu, a walić z mostu. Wrzućmy na luz. Szkoda energii.

3. Poprowadzenie kolejny raz warsztatu z tematu, który znam i o którym mogłabym gadać obudzona w środku nocy nie stanowi już dla mnie wyzwania organizacyjnego. Zrobiłam sobie checklistę “niezbędnik trenera”, która zawiera kluczowe dla sukcesu szkolenia elementy i nie muszę układać jej w głowie za każdym razem na nowo. Spore odciążenie głowy, a mam wciąż miejsce na nieprzewidziane zdarzenia. Przygotowanie handoutów, kolorowych mazaków do flipów, moje książki, wizytówki, telefony do organizatorów i inne parametry dot. danego wydarzenia. Wszystko na jednej mapie myśli, a potem w jednej torebce i jestem spokojna. Nie zapomnę o niczym. Mogę myśleć o najprzyjemniejszej części zawodu trenera, czyli pracy z ludźmi.

Małe działania, a robią duży efekt. Wiem, że nie odkryłam Ameryki, ale zaczynam dostrzegać moc tkwiącą w drobnych zmianach. Podzielisz się swoimi małymi sposobami na zapanowanie nad czasem?

| zdjęcie Alicia Savage |

Fajny artykuł? Podziel się >>>

shares