Zawsze myślałam o sobie “ekstrawertyczka”. Nawiązywanie relacji z nowymi ludźmi nie stanowiło dla mnie żadnego problemu, w gronie bliskich znajomych zawsze było tłoczno i ciężko było nie zaniedbać któregoś z nich, więc organizowałam nieraz spotkania grupowe. Swoje akumulatory ładowałam zwykle kontaktami towarzyskimi i przedsięwzięciami, które podejmowałam jak nałogowiec w moim zewnętrznym świecie. Nie męczyłam się natłokiem różnorodnych zajęć i inicjatyw, wręcz im było ich więcej, tym byłam bardziej nakręcona.

Ostatnio jednak powyższy opis coraz mniej do mnie pasuje. Coraz bardziej lubię spędzać czas ze sobą, zatopiona w lekturze, albo własnych myślach. Budować lepszy świat pod powiekami, aby potem opisać go na blogu, czy w osobistych notatnikach. Męczę się szybko przebywaniem w dużych, różnorodnych grupach, które wymagają ode mnie ciągłej aktywności i entuzjazmu. Coraz częściej wybieram spotkania kameralne, przy kawie, podczas których mogę się na kimś w pełni skupić i zebrać myśli, zamiast gwarne imprezy, na których stać nas tylko na powierzchowne kontakty.

Czy to znaczy, że z ekspresyjnej i relacyjnej ekstrawertyczki – stałam się cichą i skupioną wewnętrznie introwertyczką? Analizowałam to ostatnio na kilku płaszczyznach i nie jest to takie jednoznaczne. Potrafię być ekstremalnie kreatywna (dosłownie! zwłaszcza, kiedy jestem na fali) i zapisać cały notes mapami myśli na inspirujące mnie tematy oraz szerokopasmowymi planami na najbliższe dni. Najbliżsi przyzwyczajeni do takich napadów twórczości przestali już zwracać mi ciągle uwagę, a jedynie oblewają kubłem lodowatej wody, kiedy uznają, że skrajnie przesadziłam w swoich zapędach. Ostatnio, na przykład, jestem w trakcie równoległego tworzenia materiałów na cztery zupełnie różne warsztaty, które poprowadzę w najbliższych tygodniach. I nie brakuje mi ani pomysłów, ani zapału. Co więcej, im jestem w nich “głębiej”, tym więcej dodatkowych pomysłów mi wpada do głowy – na ćwiczenia dla uczestników, na interaktywne dyskusje, na wizualne materiały dodatkowe, etc. Łapię się na tym, że nie jestem w stanie wszystkich tych kwestii użyć podczas tych spotkań, bo ich czas jest ograniczony. W przeciwieństwie do mojej wyobraźni.

Z drugiej jednak strony, wszystkie te pomysły i ich realizacja najlepiej idzie mi w pojedynkę. Oczywiście, nie jestem w stanie wszystkiego zrobić sama, ale na pewno koordynowania tych tematów nie oddałabym nikomu. Nie dlatego, że “ja zrobię to najlepiej” (chociaż takie myśli też przelatują mi przez głowę), ale raczej dlatego, że realizując kolejny krok zaplanowanych wcześniej działań – samoistnie wpadam na nowe szlaki i na bieżąco rozwijam swoje własne inicjatywy. Jest to niezwykle pobudzające i daje mi mnóstwo radości. Przeczy to jednak przekonaniu, w którym żyłam większą część mojego życia, że jestem zwolennikiem pracy grupowej. Owszem, potrafię działać w grupie, udowodniłam to nie raz realizując małe i duże projekty na studiach czy zawodowo. Ale jednak sto razy lepiej i skuteczniej zachowuję się, jako indywidualistka, samodzielna i odpowiadająca jednoosobowo za realizację zadania. Wychodzi na to, że nie bez powodu od lat kieruję projektami, bo przyjmuję wtedy rolę koordynatora, który spina prace różnych osób po to, aby finalnie odpowiedzieć za rezultat niemalże osobiście.

Po co ten cały wywód o mnie i o moich ekstra- i introwertycznych zachowaniach? Ano po to, żeby po 1 – lepiej zrozumieć siebie i po 2 – raz na zawsze przestać starać się klasyfikować siebie i ludzi w jednoznaczne szufladki. A nawet jeśli jesteśmy bardziej I niż E, to i tak w każdej z tych skrajności znaleźć możemy wspaniałe cechy, które w zależności od kontekstu mogą nam dać wielką satysfakcję.

źródło ilustracji: James Hickok

Fajny artykuł? Podziel się >>>

shares