Przyznałam się do lenistwa. Co robić, to w końcu mój dziennik, a więc nie będę ściemniać. Nigdy nie byłam aktywna fizycznie, nie lubiłam wf-u (poza siatkówką), na wakacjach zwykle wybieram leżak, zamiast długich spacerów i zwiedzania, po pracy siadam na fotelu z książką. Taki ze mnie siedzący typ. Ale od stycznia coś zmieniłam. Podjęłam decyzję, że to nie będzie postanowienie noworoczne, ale nowożyciowe. I trwam z radością w tym, że ćwiczę minimum 2 razy w tygodniu od kilku miesięcy.

Jak to zrobiłam? Nie czytałam kolejnej książki o zdrowym stylu życia, ani nie wydałam połowy pensji na strój do treningów, aby zapomnieć po co to wszystko po pierwszym pocie na czole. Po prostu poszłam na zajęcia w tym, co akurat miałam w szafie, bez filozofowania. Do dziś ćwiczę w leginsach i kolorowych t-shirtach, których mam dziesiątki. Kupiłam sobie tylko buty, bo moje kochane conversy nie nadają się na siłownię. Poznałam też wspaniałą trenerkę personalną Gosię, z którą oswoiłam wszystkie gadżety i sprzęty na siłowni. Zaczęłam się bawić podczas ćwiczeń i bardzo to polubiłam. Dzięki temu już wiem, które sprzęty są dla mnie, a których nie potrzebuję. Co więcej, dostosowałam swoje treningi do życia, a nie odwrotnie. Ćwiczę od razu po pracy, a od następnego tygodnia będę to robić o 7 rano :) bo wtedy trening zapewni mi energię na cały dzień.

Zrozumiałam, że prowadząc tak intensywne życie umysłowe – muszę zadbać o ciało. To w nim spędzam całe życie i warto o nie dbać, aby mi służyło jak najlepiej. Teraz i ja służę jemu, bo dbam o regularny ruch, aktywność tam, gdzie się da, a także lepiej się odżywiam. Ale nie wpadam w przesadę. Nie liczę kalorii, nie biczuję się, kiedy ominę trening przez delegację, czy niedyspozycje. Po prostu czuję się lepiej dzięki temu że o siebie dbam. A każdy tydzień zaczynam nie od planowania kolejnego webinaru, w którym chcę wziąć udział, a od zaplanowania treningów, a dopiero potem, w wolnych przestrzeniach wpisuję inne ćwiczenia…

Fajny artykuł? Podziel się >>>

shares