“Mam 31 lat i jestem perfekcjonistką”. Tak powinnam rozpocząć spotkanie Klubu Anonimowych Perfekcjonistów, w którym od dawna pełnię honorową funkcję. Nie wiem, kiedy się to zaczęło, ale trwa od wielu lat… Ciągle stawiam sobie nowe cele (i to samo w sobie jest bardzo ok), ale nie jest dobrze mieć ich zbyt dużo i do tego wszystkiego chcieć je wszystkie zrealizować jednocześnie. Wtedy pojawiają się problemy. Czasem nawet zdrowotne. No bo przecież te wszystkie działania podejmuję nie w oderwaniu od mojego organizmu, a raczej w pełnej synchronizacji z nim.

Co jest najgorsze w perfekcjoinizmie? Że ciągle chcę prześcignąć samą siebie. Dążę do coraz lepszej wersji siebie samej i nigdy nie mam poczucia, że uzyskałam w tym wyścigu dobry wynik. Macie podobnie? Wśród moich bliskich kobiet jest kilka członkiń Klubu Anonimowych Perfekcjonistów (tutaj uśmiech wysyłam do Jolki i Kasi). Wszystkie mamy podobnie – nie ścigamy się w zasadzie z nikim innym, a tylko z nami samymi. A tego wyścigu nigdy nie wygramy. Jesteśmy w nim z góry skazane na porażkę.

Dziś wymieniłam z Kasią parę słów w smsach i obie życzyłyśmy sobie wreszcie polubienia tych fajnych lasek, którymi jesteśmy. W sensie: polubienia spędzania czasu ze sobą i nie uciekania wciąż do nowych aktywności. Do pobycia we własnym towarzystwie z radością. Do poczucia miłości do siebie. Tej bezwarunkowej.

Czytam właśnie książkę Jesteś start-upem i oszołomiła mnie jedna z pierwszych myśli, którą znalazłam na 31-stronie. Każdy z nas jest niedokończonym projektem. To powinien być manifest Klubu Anonimowych Perfekcjonistów, którzy chcą skończyć z postrzeganiem życia jak permanentnego dążenia do doskonałości. Dziś wiem, że nie tam trzeba iść. Lata temu, kiedy zaczęłam moją podróż z rozwojem osobistym stworzyłam prywatnego bloga pt. “Ku doskonałości” (nie znajdziecie go nigdzie w sieci, bo nigdy nie był publicznie dostępny). Pisałam tam o swoich działaniach, które podjęłam w celu wdrożenia w życie postawy proaktywnej, jak realizowałam swoje cele osobiste i jakie wnioski przy tym wyciągałam. Być może to właśnie wtedy rozpoczęłam swój rozwój pod takim hasłem? Postrzegałam te słowa przez całe lata bardzo jednowymiarowo i w taki sposób zagoniłam się w ślepy zaułek. Zaułek, z którego właśnie wychodzę!

Piszę o tym dlatego, że wiem, że nie jestem wyjątkiem, który tak sobie utrudnia życie. Myślę, że moje wynurzenia mogą pomóc komuś z Was zrozumieć, że taka ścieżka donikąd nie prowadzi. No poza gabinetem lekarza, ale założę się, że to nie jest żaden z Waszych wypasionych celów. Jeśli odnajdujesz w moich słowach choć trochę siebie, to zapraszam Cię do wspólnej wycieczki poza tę ślepą uliczkę.

Dzisiejszy sufit – jutro będzie podłogą. Jeśli zaakceptuję, że to co robię dzisiaj zawsze może być lepsze, inne lub po prostu gotowe do zmian to będzie mi się żyło lepiej, spokojniej. Jeśli zacznę traktować moje projekty, jak testy moich pomysłów, a nie oczekiwać od nich doskonałości, to włączy mi się ciekawość a strach przed porażką wyłączy. To jest takie proste! Dlatego też wrzucam na luz. Jesteście moimi świadkami. Publikuję ten wpis bez zastanawiania się, czy mieści się w ramach tej strony, czy pasuje do jej profilu, czy pasuje do mojego wizerunku, bla bla bla. Tekst ten wyszedł spod moich palców, więc zapewne jest częścią mnie prawdziwej. A ja zaczynam się lubić i akceptować zarówno swoją jasną stronę mocy, jak i ciemną.

Fajny artykuł? Podziel się >>>

shares