Ten nowy projekt jest inny od dotychczasowych. Postanowione.

Nie oczekuję od siebie świetnych efektów już na starcie. Nie robię tego wszak dla efektu, a dla przyjemności.

Learning by doing.

Żeby przyszła zmiana, trzeba coś zmienić

Ile to razy przerabiałam taki scenariusz… Wymyślam coś nowego, fajny projekt. Robię kilkanaście map myśli na ten temat, zbieram informacje z netu, książek, które mam w domu, ściągam z księgarni 2 e-booki specjalistyczne, pytam znajomych, obserwuję trendy w tym obszarze na fejsie i blogach. Robię tak kilka dni, a czasem dłużej, aż w końcu postanawiam przejść do kolejnej fazy. Jest analiza rynkowa i własne SWOT (co już mam, czego mi brak, jakie mam silne strony, a co jest moją słabością), spisany plan na najbliższe dni lub tygodnie, dekompozycja struktury pracy i zadań? No to mogę ruszyć. I ruszam. Ale faza realizacji zaczyna się po cichu, bo przecież jeszcze nie umiem dobrze tego robić, bo się jeszcze nie znam na maksa, bo przecież pierwsze prototypy nie wyglądają zbyt atrakcyjnie, bo przecież nikt nie polubi tego, jak nie będzie jakoś wyglądało. Wychodzą moje braki, ciągle czegoś jeszcze nie wiem na 100%, więc szukam wypełniaczy tych luk. Czytam dalej, szukam info, szlifuję swój warsztat, przeredagowuję teksty, poprawiam zdjęcia, bo przecież na stronach profesjonalistów wyglądają lepiej niż u mnie. Kiedy wreszcie nadchodzi dzień “światowej premiery” – czyli moment pokazania mojej społeczności tego, co urodziłam, to jestem już najczęściej bardzo zmęczona tym tematem, przeedukowana. Katalog z materiałami z netu i od przyjaciół pęka w szwach, większości z tych rzeczy nawet nie zdążyłam przejrzeć, a co dopiero przeczytać. Biorę pierwszy z brzegu materiał, który wydaje się wartościowy. Rzeczywiście fajne wskazówki podają. Ale zaraz, zaraz… jeśli trafiłam na coś wartego uwagi, to wypadałoby zrobić z tego mapę myśli (dla mnie, dla potomności, a może wrzucę na bloga, jako ciekawy materiał?). Acha, jak na bloga, to trzeba to od razu zrobić jakoś po ludzku, żeby miało ręce i nogi, żeby czytelnik-oglądacz zrozumiał, a nawet miał pożytek. No to robię tę mapę – czytam, zaznaczam ważne myśli w tekście, potem wracam do tego rozdziału i rysuję, hmm jakoś nie pasuje mi ten kształt, może zmienię koncepcję – to będzie jednak lepiej wyglądało jako sketchnote, a nie mapa myśli. Tak, od razu lepiej. Bardziej czytelne i może się komuś jeszcze przydać (…).

Tak to mniej więcej zwykle wyglądało o u mnie. I dlatego ten projekt będzie inny. Tego bloga nie będę trzymać w ciemni do momentu, aż powstanie na nim naście wartościowych wpisów, które będą realizowały wcześniej ustaloną strategię (kolorystyczną, tematyczną i merytoryczną). Nie będę czekać aż wpadnę na pomysł jak najlepiej go nazwać, jakiego motywu WordPress użyję i jak będę go pozycjonować.

Coś zmieniam w moim życiu. Takie spontaniczne działanie jest w moim wykonaniu nowością. Zupełnym wyjściem ze strefy komfortu. Obnażeniem się nawet. Dlatego robię to z premedytacją i obserwuję siebie podczas robienia tego. Mam już nawet pierwsze spostrzeżenia, a moja ciekawość kolejnych jest na tyle ogromna, że nie odpuszczę i działam dalej.

Trzymasz za mnie kciuki?

Fajny artykuł? Podziel się >>>

shares